czwartek, 20 grudnia 2012

w oczekiwaniu...



choruję. znowu. grypa albo inny wirusowy syf. przez pierwsze pięć dni leżałam. a i jeszcze spałam. leżałam i spałam na przemian. wypas. teraz aktualnie już nie leżę, za to wykasłuję płuca. już ich niewiele zostało. to pocieszające, może zaraz nie będzie co wykasływać.


spoko mam czas. święta poczekają. ciasteczka się same upieką. chawira sama posprząta. luz. zakupy same się wybiorą i wrzucą do koszyka, a potem się przywiozą. a do tego jutro koniec świata. do kurwy nędzy. mam jeszcze tyle planów, tyle do zrobienia i przeżycia.

czy mogę się z tym nie zgodzić?
jakby mnie ktoś pytał o zdanie, to NIE ZGADZAM SIĘ!




w oczekiwaniu na pierwszy dzień po końcu świata....

Puszka

środa, 19 grudnia 2012

mam w domu potwora



...nie mam czasu na sen
nie mam czasu na seks...

nie mam też czasu na dzieci
odkąd stałam się (nie)szczęśliwą posiadaczką pewnego czworonoga.


Koko, bo niewątpliwie o niej tu mowa, jest jednym z najprzeuroczych stworzeń na świecie  (to 'nie' w nawiasie przed szczęśliwą jest oczywiście z przymrużeniem oka, tylko na potrzeby siania paniki;), jest też jednak przy tym mocno absorbująca. absorbująca moją rzecz jasna uwagę. 


niesamowite, ale nasz świat zorganizował się wokoł jednego małego ssaka. jedzonko, tulenie, siusiu, tulenie, kupka, jedzenie, sprzątanie po zabawie, znowu kupka. i siusiu. wyciąganie z pyska niebezpiecznych/niejadalnych przedmiotów, i tulenie. przy tym wszystkim Koko jest strasznie niesforna i psoci. nigdy nie wiemy czego możemy się spodziewać po powrocie do domu. cokolwiek jest w jej zasięgu staje się jej wrogiem numer jeden. koko uwielbia niszczyć, to jest jej hobby.

Koko włazi nam na głowę- dosłownie i w przenośni. nie odpuszcza nawet jednego przytulenia, które odbywa się bez jej udziału. po kilku sekundach przytulania mojego z Mężem, przytulanie staje się przytulaniem rodzinnym- wszyscy członkowie domu wraz z czworonogami równocześnie i równomiernie w nim uczestniczą. 

Koko również nie lubi sypiać do późna, także o godzinie 6 rano w sobotę potrafi  skutecznie wyciągnąć nas z łóżka. naprawdę, nie spodziewałam się, że przez psa będę niedosypiać.

dodatkowo Koko ma też ADHD, wciąż biega, gryzie, skacze, wszędzie jej pełno.


niewątpliwie jest to nasza wina. pozwoliliśmy jej na wszystko. jak to powiedziała moja siostra, po mnie się tego spodziewała, ba, nie dawała mi najmniejszych szans, iż podołam wychowaniu psa, ale po moim Mężu oczekiwała czegoś innego. ja właściwie też. tymczasem Mąż pokochał psa miłością wielką i bezinteresowną, "ale mamy pięknego psa", "najładniejsza na osiedlu", "mogłaby grać w reklamach"...taaa


nie potrafiliśmy wychować psa, nie spodziewam się, że lepiej nam pójdzie z dziećmi.

ale póki co nie mam się czym martwić, bo na dzieci nie mamy czasu :)


no ale obiektywnie...jak jej nie kochać  :)




piątek, 30 listopada 2012

doglife


 
ajm dresik. dogdresik.
 
 
hał-joł, co tam na dzieli słychać ja siem pytam... 



trzy paski...te sprawy. nówka sztuka. oryginalik.
ADIDOG rulez. mamusia mi kupiła...
 


 a teraz daj ciasteczkową kosteczkę

czwartek, 29 listopada 2012

101 pomysłów na psią nudę



oooo bawię się świetnie....nie zatrzymasz mnie...

czyli jaki efekt można osiągnąć wykorzystując jedną torebkę budyniu...






ślady psich łapek oraz skruszona mina winowajcy tuż po odkryciu przeze mnie tej 'niespodzianki' bezsprzecznie wskazują kto jest sprawcą zdarzenia...



środa, 28 listopada 2012

Kurier...Ktokolwiek widział Ktokolwiek wie


no właśnie. kurier...postać, która przewija się od czasu do czasu w moim życiu. postać-zjawa. duch.
niby wszyscy wiedzą, że istnieje, ale niewielu go widziało. w tym ja. słyszałam, ba, nawet rozmawiałam, ale nie widziałam. paczki zawsze dostaję albo od zaprzyjaźnionych kwiaciarzy albo od ochroniarzy, tudzież sąsiadów. doszliśmy nawet kiedyś z kurierem do tego etapu, że on dzwonił, mówił, że zostawi tam gdzie zawsze. nie musiałam nawet potwierdzać gdzie rozładunek towaru nastapi, gdzie nasz terminal cargo się ulokował. w drodze do domu zaglądałam do kwiaciarni naprzeciwko, pani-kwiaciarka spośród kilkunastu innych paczuszek wyszukiwała mojej. i tak to się wszystko jakoś toczyło. teraz już nie mieszkam naprzeciwko kwiaciarni. teraz natomiast kurierzy upatrzyli sobie nieszczęsnych panów ochroniarzy osiedlowych. zastanawiam się czy chociaż od czasu do czasu coś im odpalają, bo jakby na to nie patrzyć wykonują za nich kluczową robotę.

kiedyś nie dawałam za wygraną. walczyłam. walczyłam zacięcie. bez kompromisów. bez wytchnienia. walczyłam, aby moją, opłaconą paczkę dostarczył mi jednak kurier osobiście, a nie zostawił w przygodnych miejscówkach czy innych okolicznych punktach usługowych. może się zdziwicie, ale miałam wątpliwości czy ta paczuszka do mnie trafi cała i zdrowa, w stanie takim jakim jak ją pan sprzedawca stworzył. no i oprócz tego, że bezwstydnie domagałam się dostarczenia osobiście mi tej paczuszki, to jeszcze miałam głębokie przekonanie, że płacąc za tą usługę, mam prawo tego właśnie wymagać.
okazuje się, że nie bardzo. bo większość firm kurierskich, a idąc za ciosem i kurierów pracuje w godzinach typowo biurowych. nie wiem jak to się dzieje, że w dzisiejszych czasach, gdzie punkty usługowe otwarte są do godzin późno wieczornych, kiedy to w niedziele, dzień święty, obkupi się człowiek od góry do dołu, od masła i coli, przez majtki i sweterek, po telewizor i samochód, kiedy to wszyscy pracują coraz więcej, coraz dłużej, że kurierzy akurat pracują jak Pan Bóg przykazał od 9 do 16. no i dziwnym trafem kiedy oni chcą mi tą przesyłkę dostarczyć, jak akurat wrednie siedzę wtedy w pracy i nie chcę, co jest już przegięciem nad przegięciami, wyjść wcześniej z pracy, że nie chcę mojego rozkładu zajęć dostosować do rozkładu jazdy kuriera.   

nie, nie chcę również aby mi te przesyłki dostarczali do pracy. nie chcę potem tachać takiego grilla elektrycznego 30 kilosów komunikacją miejską. nie chcę żeby paczka krążyła po całym biurze zanim do mnie dotrze (bo to kiedyś też miało miejsce). nie i koniec!


nie potrafię ogarnąć rozumem czemu taki kurier zamiast między godzinami 16-20 kiedy to istnieje największe prawdopodobieństwo zastania zainteresowanych odbiorem swych ciężko zakupionych przez internet towarów w swoich domostwach, jeździ sobie w godzinach 9-15. może się mylę, ale mam wrażenie, że większość populacji ludzkiej wtedy właśnie jest w pracy. no może poza emerytami, ale oni chyba niewiele zamawiają przez necika.
czemu nigdy nie pracują w godzinach popołudniowych? czemu nie można zorganizować tym kurierom pracy zmianowej? czemu ach czemu? czemu kurier z poczty polskiej dzwoni do mnie wcześniej, pyta kiedy będę i o 18 przyjeżdża i wręcza mi paczkę osobiście? czemu kurierzy z prywatnych firm tak nie mogą? i czy te wszystkie paczki porzucone gdziebądź zawsze docierają do adresatów? 


i co zrobić, jak pewnego dnia zapukam do sąsiadki, z uśmiechem na ustach powiem, że "chyba kurier u pani coś dla mnie zostawił", a ona na to mi odpowie  "ni chuja, nic nie mam pani do zaoferowania", to co ja wtedy biedna zrobię?

wtorek, 13 listopada 2012

Bawełniana



No i doczekali my rocznicy. Pięknej. Okrąglutkiej.  To dwa lata jak ślubowałam memu Ukochanemu, że będę najwspanialszą żoną na świecie. Z obietnicy póki co się wywiązuję ;)

Czy coś w tym czasie się zmieniło? Właściwie tak. Jest coraz fajniej! Mam odczucie, że z każdym kolejnym rokiem naszej znajomości więź między nami coraz bardziej się zacieśnia. Coraz większa miłość, coraz większa bliskość, zaufanie, przyjaźń. Jeżeli tak będzie dalej, to za kolejnych kilkanaście lat rozpłynę się z tego szczęścia i miłości. Także póki co mamy same diamenty z nieba... :)
Oczywiście jestem przygotowana, że ten pałac może kiedyś runąć, ale zakładam, że uda nam się go szybko odbudować, bo fundamenty będzie miał niezniszczalne.

Wszyscy wokoło gadają o kolejnych „kryzysowych” punktach  na osi czasu każdego związku. I tak słyszałam już o kryzysie po dwóch latach, potem po czterech, sześciu... Póki co przetrwaliśmy je wszystkie. Tzn. przetrwaliśmy te rocznice bez kryzysów. Więc czekam. Nie żebym była pesymistką, ale wolę być czujna i przygotowana. Lepszy wróg znany niż nieznany J
Podobno najwięcej rozwodów jest w pierwszym i dwudziestym roku po ślubie. Do dwudziestki mi jeszcze daleko więc póki co chyba nie powinnam się martwić?

Będąc nastolatką wydawało mi się, że wyjdę za mąż z rozsądku. Chyba mój praktyczny stosunek do życia brał wtedy górę. Okazało się natomiast, że wyszłam za mąż i z rozsądku i z miłości. I to jakiej!
Fajnie!



sobota, 10 listopada 2012

O.N.A ZEZIA I GILER



 



na temat książki chylińskiej agnieszki mam uczucia mieszane. a właściwie nie. nie mieszane. raczej już jasno sprecyzowane. i pomimo mojego bardzo dobrego nastawienia, bo jakoś tak, nie wiem czemu, liczyłam, że to będzie coś, to jednak "czymś" się nie okazało.

owszem przyzwoita książeczka dla dzieci, z opisem świata dorosłych widzianych oczyma dziecka, ale jak dla mnie to właściwie wstęp do dalszej opowieści. opowieści, która to z pewnością będzie miała miejsce, o czym informuje nas znak zapytania przy napisie KONIEC. ale jednak książce brakuje jakiejś historii, przygody. jest to właściwie suchy opis głównej bohaterki Zezi (nie wiem skąd w tytule "Zezia i Giler" znalazł się Giler, który jest postacią mocno drugoplanową). i tylko tyle. 


trochę to nudnawe. nie wiem skąd te komentarze z okładki, że taki Prokop czytając "świetnie się bawił", a Kozyra "że książka go tam wciągnęła, że nie mógł zasnąć do rana", natomiast redaktor naczelna wydawnictwa Pascal "uśmiała się do łez i poryczała, już wcale nie ze śmiechu". bez przesady!!! książkę czyta się przez godzinę, więc nie wiem skąd potrzeba czytania jej do rana. są momenty zabawne, ale nie bawią do łez, przynajmniej mnie.
to nie opowieść o Karolci i jej zaczarowanym niebieskim koraliku :(


ale może dzieci nie będą tak wybredne...


czwartek, 8 listopada 2012

Co w trawie piszczy. Odcinek 2



  
 
Witam w kolejnym odcinku "CO W TRAWIE PISZCZY". Ponieważ trailer programu zyskał swoich fanów, postanowiłam go kontunuować.

odcinek sponsoruje britney spears i coca-cola*

 
Idąc za potrzebami Czytelników postanowiłam wprowadzić odrobinkę tematyki edukacyjnej. Poczyniłam pewien research, i tak w dzisiejszej odsłonie chciałabym dokonać analizy, rozłożyć na czynniki pierwsze, rozbebeszyć wręcz kilka tekstów naszych rodzimych twórców, artystów estrady i ich utworów z pierwszych miejsc list przebojów.

 

Wielką popularnością cieszy się wracający do łask zespół Ira wraz ze swą piosenką"Szczęśliwa". Przybliżmy ją więc Naszym Drogim Czytelnikom.

To tylko deszcz nie moje łzy
naprawdę życzę Ci
bądź szczęśliwa
szczęśliwa z nim
To tylko deszcz nie żadne łzy
naprawdę uwierz mi
bądź szczęśliwa
szczęśliwa z nim
bądź szczęśliwa

Podmiot liryczny poczynił tu pewne porównanie, porównał swe łzy do deszczu. Stąd od razu nasuwa nam się skojarzenie, że będzie raczej smutno niż wesoło. Wprowadza nas tym samym w nastrój nostalgiczny, by nie rzecz przygnębiający. Niewątpliwie utwór jest o miłości, miłości nieszczęśliwej, niespełnionej. Autor, mimo, iż opuszczony przez ukochaną, jawi nam się tu jako człowiek niezwykle wyrozumiały, a przede wszystkim empatyczny. Mówi tu swojej eks-ukochanej żeby była dalej szczęśliwa, "szczęśliwa z nim". "nim" to oczywiście ten drugi, kochanek. Ale mimo tego wszystkiego nasz artysta dobrze jej życzy, a mógłby przecież źle. I jeżeli ta zdzira (żeby nie było wątpliwości, to mój epitet, poniosło mnie, ale nie mogę patrzeć na takie zło i bezczelność) ma jeszcze wątpliwości, to autor ją zapewnia, mówi "naprawdę uwierz mi" i tak ucina wszelkie wahania.

Naprawdę jestem wzruszona. Azaliż to arcydzieło!!!


Szybko zmieniamy klimat. Pochylimy się teraz nad "Barceloną" zespołu Pectus. Ciocia wikipedia twierdzi, że to polski zespół rockowy utworzony w 2005 roku. Co do jego polskości zastrzeżeń nie mam. Co do rockowego brzmienia mam wahania- utwór utrzymany jest w klimacie mocno biesiadno-popowym, wręcz golec-orkiestrowym. Ale z drugiej strony tylko krowa nie zmienia poglądów, a agnieszka chylińska przestaje fuckać nauczycieli by zacząć modern rockingować i pisać książki dla dzieci.

ale nie o tym chciałam...

To był sen, piękny sen
W Barcelonie, w San Andre
Coś mi mówi: ”Życie zmień!”
Tylko słońce, wino, śpiew
W sercu pusto, nie ma nic
To, co było, miało być
Tylko przyjaźń, która trwa
W Barcelonie, bliżej gwiazd

Szczęście jest tak bardzo blisko
Jeśli tego chcesz
Marzeniami zbuduj przyszłość
Swój własny los


I od razu jaka zmiana nastrojów!!!! Mamy tu dionizyjską pochwałę życia. Pean słońca, wina i śpiewu. Podmiot liryczny namawia nas do odmiany naszego życia, krzyczy bez ogródek "życie zmień!". koniec. kropka. bez żadnych warunków. Śmiem nawet sądzić, że namawia słuchaczy do zmiany życia nie tylko w Barcelonie. Zwłaszcza, że nie każdy jest przecież w tej chwili w hiszpanii, a nawet może nigdy nie będzie. Myślę, że utwór ma jednak wydźwięk ponadczasowy i ponadpaństwowy. Barcelona jest tylko przykładem. naszą barceloną może być właściwie każde miejsce. Miejsce, i tu przepiękna metafora, "bliżej gwiazd". Każdy może i powinien odkryć tą swoją "barcelonę". I wtedy odnajdzie szczęście!

Jakież to prawdziwe.....

 
Wilki wracają z wielkim hukiem i łechcą nasze uszy piosenką "Czystego serca"...


Straciliśmy kontakt, drogę dusz do własnych serc
Gdzieś zaginął złoty klucz i nadciąga zmierzch.
..........
Ref.: Czystego serca szukam jak świętego drzewa
w lesie martwych dusz
Czystego serca pragnę tak jak głodny chleba
Razem w drogę pójść i nie wracać już.

 
sorry, ale totalnie nie wiem o co kolesiowi chodzi.... w każdym razie moim the best of the best jest "czystego serca szukam jak świętego drzewa". to na pewno jest tak wysokie i skomplikowane, że zwykły szary człowieczek (taki jak ja) tego nie ogarnie i nie pojmie swoim ograniczonym rozumkiem. niech brak komentarza będzie najlepszym komentarzem!

 
Tematyka nieszczęśliwej miłości jest w twórczości dosyć mocno eksploatowana. ale nie ma się czemu dziwić. Jakież to nam bliskie. Jakież ludzkie. "nic co ludzkie nie jest nam obce" chciałoby się rzecz.

I tak, na deser wszystkim dobrze znany Mateusz Mijał feat. Liber i "Winny"

Pomyliłem się jeszcze raz
A nie da w dłoni zamknąć się dwóch dzikich serc
Nazywam się winny, bo cokolwiek zrobiłbym
Już nigdy nie będę właśnie tym z kim chciałaś być

Nasz artysta ewidentnie czuje się winny. Nawet się tak nazywa. Zdaje sobie sprawę, że nie jest w stanie zrobić nic, by to zmienić. Bo przecież "nie da w dłoni zamknąć się dwóch dzikich serc"- ach ci nasi artyście, szafują metaforami tak sprawnie, a co najważniejsze tak trafnie, że nie ma chyba osoby, której by to nie poruszyło. mnie rusza. przeszywa na wskroś.

 
Czuję się poruszona...

 
 
Polscy artyści wzruszają, bawią, kochają, zachęcają, a czasem zasmucają, ale nikogo nie zostawiają obojętnym...I tym akcentem kończymy audycję. Dobranoc!
 

* odcinek zawierał lokowanie produktu



środa, 7 listopada 2012

Wakacje się skończyły, a teraz do roboty...



No i nadszedł ten czas. Niecałe dwa lata po ślubie pierwsze zapytania o potomstwo ujrzały światło dzienne. Ufff. Wreszcie. Myślałam, że nigdy się nie doczekam ;) Trzeba przyznać, że i tak okres ochronny trwał całkiem długo. Szczerze mówiąc spodziewałam się, że z wybiciem godziny zero, w której to ślubowałam memu Mężowi, że będę z nim nie tylko wtedy, gdy z nieba będą nam leciały diamenty, ale również i, a nawet przede wszystkim gdy wiatr w oczy, piasek w oczach, a przed nami przepaść, padnie z ust mojej teściowej  „no to teraz czekamy tylko na berbeciątko”. Ze ślubem była inna bajka. Pytania kiedyweźmiecietenślub pojawiały się regularnie przy każdym spotkaniu. I tak przez kilka lat. Takiej samej regularności i wytrwałości spodziewałam się też w temacie dzieci. Ale pod tym kątem moja teściowa wykazała się niezwykłym taktem.
No ale jak wspomniałam to już historia...dawno nieaktualne. Teraz natomiast na tapecie są moje komórki jajowe...czy aby dorodne i dojrzałe, i mężowe plemniki, czy dostatecznie machają ogonkami. No i czy są  wystarczająco zdeterminowane.  A najlepiej by było żeby ocenił to jakiś dochtór. Dobrze, że na święta zostajemy w domu, bo rodzinnie byśmy nad karpiem dumali nad odpowiednimi pozycjami.

Teściowa zbierała się chyba te całe dwa lata żeby uderzyć z grubej rury. Ale w gruncie rzeczy nie mam jej tego za złe.   
Trzeba przyznać, że temat dzieci pojawia się na tapecie coraz częściej. Wszyscy pytają. I pytają.  Mama jedna, mama druga, siostra (ta, to już się nakręciła jak katarynka :), znajomi. Co jednak ciekawe wśród znajomych tendencja jest raczej mniej niż bardziej prokreacyjna. Dzieci mamy tyle co kot napłakał. Wszyscy jeszcze robimy oszałamiające kariery i cierpimy na chroniczny brak czasu, bo musimy realizować swoje nietuzinkowe pasje ;)

Siostra zadała mi pytanie, czy chcę bardzo. Więc jej powiedziałam, że owszem, chcem. Nawet czasem bardzo. Ale gdyby nie trzydziestka na karku, to bym jeszcze nie chciała.  THE END.



 
 

wtorek, 6 listopada 2012

poniedziałek, 5 listopada 2012

sobota, 27 października 2012

Koko pozdrawia!






- Halo, gdzie jest moje świńskie ucho? najulubieńsze? daj daj daj! chcem świńskie ucho! kocham świńskie ucho!!!


 

- no dobra. uśmiechnę się fajnie do zdjęcia. ty mi pstrykniesz fotkę i będziesz miała co wrzucić na fejsbuka, a ja dostanę świńskie ucho. lub chociaż kosteczkę!



...


chciałabym uspokoić, bo pojawiły się zapytania od ciekawskich ;) nie kupuję świeżutkich świńskich uszek, a potem ich nie wygotowuję w domu. kupuję gotowe, elegancko uwędzone uszka w sklepie zoologicznym.

 

czwartek, 25 października 2012

gruszki na wierzbie czy śliwki na sośnie



nasz kochany premier w ramach akcji ratunkowej swojego lecącego na łeb na szyję poparcia postanowił zrobić społeczeństwu dobrze i obiecał mu gruszki na wierzbie.

roczny płatny urlop macierzyński i refundacja in vitro jest doprawny wspaniałomyślnym pomysłem.
jako że jestem potencjalnie przyszłym odbiorcą jednej z tych usług, powinnam skakać z radości.  a jednak...

rozumiem, że to alternatywny plan w ramach zmniejszania i tak ciągle rosnącej dziury budżetowej? ciekawe czy tą kasę premier wyciągnie just like that z rękawa? czy może zamknie jakiś szpital? a może tnąc koszty zwiększy czas oczekiwana na wizytę do lekarza specjalisty z 5 miesięcy na 10? no gdzieś będzie musiał znaleźć ten złoty środek...

może jeszcze wyciągnąć z naszych kieszeni. i tak to się  najpewniej odbędzie. jeżeli w ogóle do realizacji tych pomysłów dojdzie, w co szczerze wątpię.

tak, jak mówię, z założenia pomysł fajny, ale jednak mocno utopijny. mamy chyba większe problemy.  mimo wszystko jestem zwolennikiem w pierwszej kolejności pomocy tym już żyjącym.

tak tak wiem, nie będzie miał kto zarabiać na moją emeryturę. ale szczerze mówiąc na emeryturę przestałam liczyć już jakieś kilka lat temu. przywykłam, że państwo zabiera mi te wszystkie składki emerytalno-rentowe i choć wolałabym żeby mi nie zabierało i żebym sobie sama mogła te pieniądze odłożyć (i z tego odkładania może by wyszło coś więcej niż wychodzi Zusowi), to jednak, po pewnym okresie buntu i niesmaku, pogodziłam się z koniecznością płacenia tego haraczu.



zmieniając temat, to dziś światowy dzień kundla. muszę Kokusiowi kupić jakąś kosteczkę, piłecznę, czy inne wędzone świńskie ucho (jej najulubieńszy przysmak :). wiedzieliście, że nazwa "kudel" jest obraźliwa? coś jak użycie słowa "pedał" zamiast "gej".  wywiedziałam się tego, gdyż w książeczce zdrowia Koko w rubryce rasa napisałam po prostu "kundel" i dostałam burę od kokusiowego lekarza rodzinnego, który prywatnie jest moją dobra kumpelą. Mówi się "mix" albo "wielorasowy". człowiek codziennie się uczy czegoś nowego. wybacz Kokusiu, że nazwałam cię kundlem :)






wtorek, 23 października 2012

Masło znów w maselniczce


"...nadjeżdża wagon metra. Po brzegi pełen buzującej, tętniąco-pulsującej, skłębionej, namolnej, bezładnej, fizycznej do szaleństwa masy ludzkiej!

Drzwi zamykają się, zasklepia się wokół mnie niekontrolowana fizjologiczna bryła. W biały dzień, w kraju wysoko rozwiniętym, przylegam całą powierzchnią ciała do ciał innych ludzi. Słyszę bicie ich serc, szum mózgów, szmer krwiobiegów, czuję wilgoć oczu i turgor jam brzusznych ogarnietcyh procesami digestywnymi; monotonny ambient życia, którego jestem częścią. Wszędzie uszy, zanieczyszczone pory, plamy wątrobowe, turbany, perfumy, zęby, oddechy, flory bakteryjne, otwarte rany, włosy dzieci, plastry na odciskach, wąsy, z którymi jednam się, zespalam, skłębiam, zlepiam. Wysycenie wagonu ciałami zdaje się tak wysokie, jakby błony dzielące poszczególne jednostki mogły zwyczajnie peknąć i pozwolić zbić sie nam w jedną wielką bezgraniczną masę...

...Nagle orientuję się, że w głowie zaczynają mnożyć mi się dziwne myśli, których nigdy nie miałam, czuję nagle, jak swędzi mnie (choć "mnie" to już za dużo powiedziane) nos małej Koreanki po lewej, a w moim, a raczej: naszym żołądku przewala się wielka porcja kimchi, które zjadła przed chwilą. Tymczasem jakiś staruszek wbija w moje udo strzykawkę z insuliną ręką młodej dziewczyny z matą do jogi; ktoś z odrazą łapie się na wspominaniu jej pierwszego razu, a jeszcze inny drapie się pod naszą wspólną pachą. Moja tożsamość, moja ukochana kolekcja bzdur, tak skwapliwie poskładana ze wspomnień, myśli, śmierci, gustów, obsesji, przykrości zostaje wchłonieta, zassana, rozproszona. Rozpierzcha się, rozpełza, rozpływa w oceanie innych..."



i tak właśnie mam w warszawskim metrze. rano, wieczór i w południe...dziś też.

Masłowska po raz kolejny nie zawiodła. Przynajmniej mnie. Posługuje się słowem tak zgrabnie jak ja zgrabnie posługuję się nożem i widelcem, a z widelcem i nożem mam kontakt nie od dziś. Jej dar władania polszczyzną jest godny pozazdroszczenia. 


Dorocie daję lajka!


 

niedziela, 21 października 2012

co w trawie piszczy...


moi Drodzy, Kochani, Najmilejsi

witam Was w nowej odsłonie serii programów CO W TRAWIE PISZCZY, a właściwie lepiej byłoby powiedzieć, co tak daje po bębenkach, że aż uszy puchną i mózg się lasuje...czyli przegląd największych żenad tygodnia.



nas jakże zacny ranking rozpoczyna... no nie inaczej, jak tylko dach naszej dumy narodowej, czyli Stadionu Narodowego. dach, który już wszem i wobec został ochrzczony dachem przeciwsłonecznym, gdyż otwiera się tylko w dobrą pogodę, natomiast w deszcz pozostaje niewzruszony jak skała. za nic się nie zamknie, chociażby prosiło go tysiące kibiców.

no nic. mamy stadion i to jest najważniejsze. stoi sobie przez większość czasu, a jak już nadarza się okazja żeby na siebie zarobił, to się buntuje i otwiera dach w ulewę. niecny.

kto jest winny? Narodowe Centrum Sportu twierdzi, że oni nie, bo organizatorem było PZPN. PZPN czuje się smutny, że wszyscy na nim psy wieszają, a on przecież niczemu winny nie jest, winna jest FIFA, bo to FIFA podjęła decyzja, że gramy przy dachu otwartym. no ale co się dziwić, zadzwonili do nich miesiąc temu z pytaniem, jak gramy? przy otwartym czy zamkniętym? FIFA sobie myśli, że fajnie grać przy otwartym, no to bach, gramy przy otwartym. a tu spadł deszcz. niespodziewany. gwałtowny. nieprzewidywalny jak śnieg w grudniu ten deszcz w październiku. no i nie nadążyliśmy. padało w końcu tylko od 5 godzin, a to zdecydowanie za mało czasu żeby ten nieszczęsny dach zamknąć. od decyzji zamykać/nie zamykać jest pewnie cały sztab ludzi. i tak, pan michał sobie myśli nie zamykam, to zadanie zdziśka. ale zdzisiek spożywa właśnie drugie śniadanie na obiad więc zrzuca odpowiedzialność na edka. edek natomiast nie ma stosownego podania z setką podpisów i pieczątek. pan waldek natomiast, ponieważ jest kierownikiem tego szacownego wydziału konstatuje, że on jest przecież od wyższych celów niż zamykanie jakiegoś tam dachu. niech się nad sprawą pochylą poddani. do waldka dzwoni staszek, a staszek to szycha jakich mało, ale zanim o dach zdążył spytać już go waldek na wódkę wyciąga, także temat się zdążył zrobić nieaktualny. jak pech to pech.


biednemu zawsze wiatr w oczy kole, a trawa nasiąka wodą jak gąbka.


także dach, to bezkonkurencyjnie miejsce pierwsze.




 


miejsce drugie to tadadadammmmm.........matka Madzi z Sosnowca, Katarzyna W i jej żenująca sesja i wywiad rzeka w super ekspresie. dowiadujemy się z niego, że wreszcie katarzyna ma czas na swoje pasje, co w jej ustach brzmi jak hasło przeciw promowanej wszem i wobec przez naszego love very much premiera, polityki prorodzinnej. wywiad okraszony gorącymi fociami robionymi chyba komórką i to jeszcze autowyzwalaczem przez samą zainteresowaną. jakby ktoś nie wiedział katarzyna W lubi jeżdzić na koniu w kostiumie kąpielowym. i teraz wreszcie ma na to czas.


o trzecie miejsce bije się kilku kandydatów. od kilku tygodniu na tapecie pozostaje Monia Richarson ze swoim "lubię uprawiać seks rano ze zbyniem i mam gdzieś, że moich wywodów słucha właśnie jego eks żona z czwórką eks dzieci" i jej wpisy na blogu i fejsbuniu, że wszyscy są przeciwko, a nikt za.

ania matka mucha, która "zrobiła to na stole...na samym środku stacji" też mogłaby znaleźć miejsce w tym zacnym gronie. i rozumiem jej heroiczną walkę o "miejsce do przewijania zawsze i wszędzie". naprawdę, wyobrażam sobie, że niefajnie jak się nie ma gdzie przewinąć dziecka. ale przewijanie go na stole, na którym, wierząc słowom ani, jemy parówki, pijemy kawę, pałaszujemy kawę, jest już jednak pewnym nietaktem. przestałam jadać hot-dogi na stacjach, bo boję się, że tam gdzieś leżało być może "obsrane po pachy" dziecko ani muchy (bo o tym też nas rzetelnie poinformowała). no sorry, znam kilka kobiet z dziećmi, które też im się kiedyś "obsrały po pachy", ale żadna jakoś ich nigdy w restauracji na stole nie przewijała.

wyobrażacie sobie, że tam wtedy ktoś spożywał sobie właśnie ze smakiem hot doga z sosem musztardowo- czosnkowym, popijał kawę latte, a tam obok TAKIE RZECZY...???



piątek, 12 października 2012

pozostawię to bez komentarza




zastanawialiście się kiedyś jak to jest wracać z pracy do domu 2,5 godziny? otóż już spieszę zaspokoić Waszą ciekawość, bo dziś dzień miałam tę właśnie przyjemność.

także zaczynamy historyję mojego dzisiejszego dwuipółgodzinnego powrotu do domu.


dzień zaczął się zwyczajnie i niczym specjalnie się nie wyróżniał. poza tym, że to był piątek, a piątek to taka swoista endorfina. wywołuje samoistny uśmiech na mojej twarzy. od razu lepiej się żyje. i tak właśnie zaczynał się MÓJ piątek, czyli ta część gdy pracodawca zamyka bramy piekieł i wypuszcza wszystkie nieszczęsne duszyczki na wolność.


i tak udałam się na przystanek autobusowy celem skorzystania z usług miejskich zakładów autobusowych. 
i tu mała dygresja. pierwszy autobus, z którego uroków korzystam, wiezie mnie zaledwie kilka przystanków. zwany jest staruszkobusem, ponieważ liczba staruszków na metr kwadratowy przekracza przyjęte granice ilości staruszków w autobusie w godzinach szczytu.
generalnie autobus jest mały i zawsze pełen ludzi, którzy właśnie wyszli z pracy. pełen jest też staruszków, którzy to, nie wiem, wracają z zakupów, od innych kumpli-staruszków, czy zwyczajnie sobie lubią poprzebywać w towarzystwie innych w zatłoczonym autobusie. i wiadomo, mają prawo. czemu tylko nie mogą pominąć godzin szczytu, kiedy to naprawdę w warszawie dzieją się rzeczy straszne i przerażające.
druga charakterystyczna cecha tegoż autobusu to regularna nieregularność. autobus jeździ według sobie tylko znanego rozkładu. raz jest wcześniej, raz później, raz na czas. lubi nas zaskakiwać. prawie zawsze mu się to udaje.


no. i idąc sobie na przystanek postanowiłam przechytrzyć system, nie czekać na owy autobus, bo dziś piątek, a wiadomo piątek w warszawie wyrywa się wszelkim standardom. no i postanowiłam zażyć ruchu i powietrza i się przejść. jak pomyślałam, tak też uczyniłam i już po 15 minutach byłam na przystanku docelowym w oczekiwaniu na autobus właściwy, który dowozi mnie już prawie pod dom. także wszystko fajnie, szykowało się jedynie 10 minut opóźnienia.

no. no i w tym momencie dobre wieści na ten dzień się skończyły. dalsza droga do domu zajęła mi ponad 2 godziny. półtorej godziny jazdy jednym autobusem. i co gorsza bez książki (bo zapomniałam zabrać), bez muzyki (bo zgubiłam słuchawki). nawet spać mi się, jak zawsze, specjalnie nie chciało. pospałam z pół godziny i dalej to już tylko rozmyślałam i oglądałam widoki. dokładnie te widoki oglądałam, bo raczej staliśmy. mogłam wysiąść i iść piechotą, ale musiałabym pokonać 30 kilosów, a nie jestem teraz w najlepszej kondycji fizycznej ;)


co się stało, nie wiem. ani deszczu nie było, ani zima nie zaskoczyła drogowców. w piątek korki są zawsze, ale nie takie. gdyby nie to, że widziałam zdjęcia z łodzi, pomyślałabym, że wszyscy spieszą tłumnie na otwarcie dwutysięcznej biedry, aby dać się zaskoczyć jej jakością i codziennie niskimi cenami. może ta jesienna temperatura tak wszystkich oczarowała swoimi dziewięcioma stopniami, że wszyscy postanowili zrobić sobie mały weekendowy wypad za miasto? nie wiem nie wiem.
po powrocie do domu włączyłam tv żeby sprawdzić, czy już ogłosili stan wyjątkowy. może koniec świata z 22 grudnia przenieśli na dzisiaj? widok na ulicach był jak scenka z amerykańskich filmów katastroficznych, gdzie wszyscy uciekają przed ufo, huraganem, czy innym wulkanem. i wszyscy stoją w jednym wielkim gigantycznym korku.

korki były wszędzie. na szczęście. przynajmniej nie musiałam zazdrościć innym i rozmyślać, że gdzieś mają lepiej ode mnie. wolałam żebyśmy wszyscy współodczuwali i dzielili razem tą niedolę.



no ale co. dotrzeć dotarłam. cała i zdrowa. mogę jedynie zakończyć ten wpis podsumowaniem, że w dniu dzisiejszym dojazdy zajęły mi całe 5 godzin. i już wiem, gdzie mi ten czas ucieka. idę zapłakać nad mą niedolą.



aha. pewnie wszystkim kołacze się jedno podstawowe pytanie. czy miałam miejsce siedzące?
miałam. inaczej już by mnie z Wami nie było. się wysiedziałam za wszeczasy. aż mi się stać zapragnęło.



Hołk




poniedziałek, 8 października 2012

jak to było z wałszawskim metłem...



- O kułwa, znowu się coś spiełdoliło- rzekła Hanka Gronkiewicz & Waltz Company gdy ją rano obudzono z informacją, że ziemia pod budynkami mieszkalnymi, na linii budowy warszawskiego metra, się osunęła.
- Się kułwa nie miała co łobić, tylko się osuwać!



Ja nie wiem kto jest temu winny. Pozostawiam temat otwarty. Jestem ostatnia co by kamieniem rzucać chciała. No może przedprzedprzedprzedostatnia. ALE. Ale cieszę się niezmiernie, że metro za mojego życia w okoliczne mi okolice, gdzie mój adres zamieszkania, nie dotrze. Nie żebym była przeciwnikiem budowy metra, wręcz przeciwnie, doceniam bardzo ten środek transportu. Jednakowoż przynajmniej wiem, mam spokój ducha, że nikt mnie o 6 rano z łóżka nie zerwie i nie karze w trybie superpilnymdwuminutowym z mojego gniazdka w piżamie tylko się ewakuować. A rybki to kto by zabrał? Nie mam rybek, ale gdybym miała to co? A kto by nakarmił kanarki...gdybym miała kanarki. No i tak ci nieszczęśnicy, co to im metro pod nosem budują, od kilku dni mieszkają w hotelach i czekają aż tą osuniętą ziemię jakoś wsuną na swoje miejsce, a oni będą mogli szczęśliwie wrócić do swych domostw. Oczywiście wrócić w trwodze czy te kanarki te rybki przeżyły. W stresie, że mało brakowało, a dobytek ich życia by w chwilę jedną zmiotło z powierzchni ziemi.



Także nie wiem kogo obwiniać. Ale ktoś obwiniony zostać powinien. Bo jeżeli dalej tak pójdzie, to Warszawa może nie dotrwać do zakończenia prac nad budową drugiej linii metra.
Może winny jest ten wredny skurwiel PECH. No jak się zawali taki dajmy na to most, toż to przecież wielki pech. Nikt przecież specjalnie by nie budował mostu tak żeby się zawalił. Także i tu kopali kopali i pech chciał, a tam żyła wodna i wylało, podlało i zalało. I jedna z głównych tras warszawskich Wisłostrada zamknięta na kilka miesięcy, może lat. Kopali kopali i pech chciał, a tam się ziemia osuneła pod okolicznymi budynkami i ich mieszkańcy na ponad tydzień w trybie pilnym musieli te swoje mieszkania opuścić. Któż to przecież mógł przewidzieć? Może nikt nie mógł, nie wiem na pewno. Ale mam podejrzenia. Powiem tylko tyle, JA WIEM. Ale nic więcej nie powiem. Niech Hanka się kłopota.





czwartek, 20 września 2012

kto zasponsoruje moje wesele?



też się nie możecie doczekać looku ślubnej kiecki najgorętszej panny młodej tego roku? ja szalenie. wprost umieram z ciekawości. w mediach tylko jakieś strzępy informacji, no za mało za mało. kryształy swarovskiego to prawie każda panna młoda może przecież mieć. paparazzi jakoś się nie spisują. niby wszędzie czytam, że śledzą każdy jej ruch, ale kiecki nie wyśledzili. czuję, że może być grubo. była prezydentówna chyba wyssała styl i klasę z mlekiem matki. no tak myślę...


te kiecki ślubne jakoś tak wciąż mnie kręcą. temat w moim przypadku już jest niestety nieaktualny (a może na szczęście), raczej nie planuję kupować kolejnej. stąd podkarmiam swego świra ślubami celebrytów i celebrytek. nie chadzam. tylko oglądam fotosy i cieszę oczy. bądź nie cieszę, tylko krytykuję, bo nawet "wielkim znanym i bogatym" zdarzają się wpadki. patrz taka liszowska, toż to przecież wdziała suknię jak z lumpeksu.


chyba złamię zasadę i wejdę w weekend na pudla. nie doczekam do poniedziałku, kiedy to przy porannej kawie robię przegląd prasy- pudelek, nocoty, plotek, pomopnik itd. już coś pewnie będą mieli. chociaż jakieś fotosy z oddali. a na takie pienkne wyfotoszopowane trzeba będzie poczekać. ponoć kwaśniewska podpisała kontrakt na obsługę ślubu z jednym z kolorowych pism. jakim? nikt nie wie. tajemnica. party? nie, chyba nie wypada. elle chyba się nie specjalizuje w ślubach gwiazd. obstawiam vivę lub galę. one są takie uniwersalne- od ślubów aleksander kwaśniewskich po rodzinne dramaty kasi figur. we will see. ale myśle, że to viva fundnie kwaśniewskim-badachom czy też badachom-kwaśniewskim to spa dla gości i dwupoziomowy apartament na poślubną noc.


szkoda, że viva nie chciała moich zdjęć ślubnych. na moje wesele wydaliby sporo mniej, naprawdę :) nawet bym sobie dała pstrknąć fociaczka z ostatnim numerem w dłoni...że niby czytam. między tortem a poprawinami.  


aaaszukam sponsora! na mój przyszły, ewentualny, mam nadzieję jednak niedoszły ślub. ale jakby co. na wszelki wypadek. tanio!
tylko poważne oferty!!!


poniedziałek, 17 września 2012

powtórka z rozrywki




Jak się okazało, Zarząd Transportu Miejskiego nie powiedział jeszcze ostatniego słowa. Po błogim okresie pod tytułem „komunikacja miejska mon amour” i względnie spokojnych 3 miesiącach dojazdów środkami transportu publicznego, skorelowanych oczywiście z potrzebą gawiedzi do spędzania urlopów gdzieś poza miastem, ZTM znów krzyknął do mnie tymi słowy – Kochanieńka witamy cię w naszej bajce. Tęskniłaś? Ja krzyknęłam „Ni chuja. Wcale nie tęskniłam!”
Ale już było za późno.

Już moje  go home, sweet home zajmuje mi pół godziny dłużej.

Już mam więcej czasu na poszukiwanie sensu życia i przemyślenia czy zaszczycić Męża schabowymi z kapustą czy raczej mielonymi z buraczkami, w oczekiwaniu na kolejny autobus, który się właśnie spóźnia.

Już cała ta ludzka szarańcza okupuje wszystkie co do jednego autobusy, nie pozostawiając ani jednego miejsca siedzącego, a nawet i stojącego.

No istna tragedia!

A to jeszcze nie koniec. Na mieście chodzą słuchy, że październik będzie gorszy, bo studenci robią wtedy wjazd  na chatę.

 

Bosze, gdzie mi przyszło żyć i dojeżdżać??!!

poniedziałek, 3 września 2012

szkoła wita!



Poniedziałek, 03 września, i ho ho ho drogie Dziatki, szkoła mówi wam Witajcie w mojej bajce, zewrzyjcie poślady i zapraszam w moje skromne progi.


wcale mi ich nie żal. szczerze mówiąc. ile w końcu można mieć wolnego?! taka szkoła toż to przecież sama przyjemność. skakałabym z radości za 2 miechy wolnego w zamian za kilka miesięcy spotkań towarzyskich i pielęgnowania swoich relacji społecznych. za możliwość poszerzania swoich horyzontów, za tą cenną wiedzę, którą szeregi nauczycieli łaskawie chcieli wpoić. i nie trzeba tego robić w tak zwanym międzyczasie. nie nie, trzeba tylko iść do szkoły, posłuchać i zapamiętać. koniec. i jeszcze narzekają!


uważam, że to jednak duża niesprawiedliwość. osobiście sądzę, że mi bardziej się wolne należy. a nie, tylko 2 tygodnie wakacji za pozostałe 50 ciężkiej pracy? kto to w ogóle wymyślił???


a już studenci, to są w ogóle chujki. mogliby się tak nie obnosić z tymi swoimi 3 miesiącami wakacji.  jeszcze ciekawsza porcja wiedzy do wpojenia, jeszcze bogatsze życie towarzyskie. i jeszcze dłuższe wakacje. to jest już mega przegięcie.



studia...to było coś. nauczona doświadczeniem z pierwszego roku, postanowiłam już nigdy więcej nie mieć poprawek aby wakacje trwały maksymalnie długo jak trwać mogły. to było najpierwszy i być może jedyny powód aby później już zawsze wszystko w terminie "wykuć, zdać i zapomnieć" ;)



i tak, jak z biczaszczelił minęło mi już 7 lat od zakończenia studiów. i właśnie oto kolejne wakacje się kończą. nie wiem, jak to się stało, bo doskonale pamiętam, że przed chwilą się zaczynały. mogłabym sobie dać rękę uciąć, że to było z tydzień, maks dwa tygodnie temu. ktoś mnie tu gdzieś robi w wała, mówię Wam.


środa, 29 sierpnia 2012

Jak zaginął pewien schabowy



Za górami za lasami, za morzami, jeziorami, na obrzeżach miasta Warszawy, w pewnym przytulnym mieszkanku rzecz ta miała miejsce. Mieszkańcami owego M4 było młode (heheheh, powiedzmy) małżeństwo z niedawno ukradzionym psem rasy kundel. Wszyscy żyli sobie wesoło i szczęśliwie.


Pewnego dnia Mąż czując wielki przypływ głodu, postanowił coś przekąsić. W tym celu udał się do mieszkaniowej skarbnicy jedzenia wszelkiego- lodówki. Tam zastał schabowego kotleta. Kotlet schabowy jak na porządnego kotleta przystało był wieprzowy, nie jakaś tam drobiowa podróbka, w panierce, pięknie usmażony.
- Wybieram ciebie kotlecie- powiedział Mąż- i ze smakiem wrzucił kotleta na talerz. Już miał wgryźć się w to smaczne mięsko siadając sobie wygodnie na kanapie, kiedy to zaświtała mu w głowie szalona myśl, że do kotleta pasowałby całkiem nieźle jakiś pomidorek czy ogórek.
- Sprawa nie jest przegrana- pomyślał Mąż- i zostawiwszy talerz z kotletem na stoliku, udał się w kierunku kuchennego aneksu w poszukiwaniu jakiegoś warzywa. Przedsięwzięcie szybko zakończyło się sukcesem i tak radosny, że wzbogaci swój posiłek o witaminy i makroelementy Mąż wrócił na kanapę.


Już wtedy zaświtała mu po głowie niepokojąca myśl, że coś jest nie w porządku, że coś tu nie gra, aura się schrzaniła albo coś wisiało w powietrzu. Dotarłszy na kanapę sięgnął po kotleta i cóż ujrzał??? Albo czego właśnie nie ujrzał? Po kotlecie ani śladu! Na talerzu, na ławie, na podłodze, nigdzie! Bystry mąż szybko dodał dwa do dwóch i skojarzył, że to niepokojące wrażenie, które go męczyło, to była jedna wielka niczym niezmącona cisza. Bo odkąd miał w domu psa-szczeniaka z ADHD cisza i spokój poszły do lamusa. Teraz natomiast w domu nie słuchać było obecności czworonoga. Zawołał. Cisza. Zawołał ponowie..tym razem pieszczotliwie. Cisza. Ogarnął wzrokiem pomieszczenie. Ani śladu nie tylko po kotlecie, ale i po suni.

Nagle usłyszał coś co przypominało dławienie się. Dźwięk ten dobiegał z drugiego piętra jego dwupoziomowego mieszkania. Niewiele myśląc poszedł na górę. I co tam zastał, zapytacie?
A tam sunia. Cichaczem pokonała schody (zawsze po schodach porusza się jak słoniątko, ale jak widać, wtedy nie musi ukrywać kotleta), a teraz na białym włochatym dywaniku przy łóżku sypialnianym sobie siedzi i wtranżala ze smakiem schaba. A raczej usiłuje wtranżalać, bo całości od razu połknąć nie może. Panierka stawia opór jej małym mlecznym jeszcze ząbkom. Tłuszczyk skapuje na biały włochaty dywanik. A sunia się dławi, ale za nic w świecie nie potrafi połknąć za jednym zamachem całego schaba. Zapach smażonki i wieprzowiny doprowadza ją do dzikiego szaleństwa. W oczach ma obłęd. Wściekła na siebie, że schab jeszcze nietknięty właściwie, a przecież dawno już mógłby się trawić w brzuszku.

Mąż nagle zapomina o swoim głodzie, tak go rozbawił owy widok. Pedagogicznie jednak karci i grozi palcem. Próbuje odebrać schaba, sunia nie daje łatwo za wygraną, warczy. Pierwszy raz. Tak ją ten schab skusił. Pierwszy schab w jej króciutkim żywocie więc właściwie nie ma się czemu dziwić. Każdy na jej miejscu zachowałby się tak samo. Sami rozumiecie.




U poprzedniego właściciele taki wybryk kosztowałby Coco życie.
A tak, ostatecznie dostała schaba w kawałkach pokrojonego.
Nawet nie wie jakie ma szczęście
Ale my wiemy jakie my mamy :)






poniedziałek, 27 sierpnia 2012

i znowu poniedziałek





że też ten poniedziałek tak często się zdarza....

choć z drugiej strony....

jeszcze 13 godzin....i pozostaną tylko 4 dni do weekendu

:)

wtorek, 21 sierpnia 2012

bo to życie to bal jest nad bale...



muszę Wam powiedzieć, że ogarnęła mnie jakaś taka błogość. dojazdy do pracy mnie nie wnerwiają. trzymam nerwy na wodzy. a nawet lepiej. jestem na psychicznej równoważni. no może Mąż miałby inne zdanie na ten temat i jak nic ma rację, ale ja tu tylko o komunikacji miejskiej teraz piszę. w tym przypadku- żeby była ścisłość :)
 
także jakoś tak bezboleśnie znoszę te dojazdy, nie wiadomo w sumie czemu. nic się specjalnie nie zmieniło w tym temacie. nadal jeżdżę. nadal mam daleko. nadal wcześnie. nadal dużo ludzi, zwłaszcza teraz, kiedy wakacje zmierzają ku rychłemu końcowi. nadal niedostatek miejsc siedzących. nie ćwiczę również jogi. nie medytuję. albo się przyzwyczaiłam albo nie mam siły na stres albo mam dobry humor. podejrzewam, że to chwilowe i lada dzień znów moja fala wkurwu zaleje wszystko w okolicy. także sory, nie będzie autobusowych wkurw-opowiastek. na razie. ale wyczekujcie.
 
 
a co poza tym. poza tym miałam urodziny. już niestety jestem w tym wieku, że urodziny nie cieszą. owszem nadal odczuwam to ekscytujące podniecenie w oczekiwaniu na prezenty. ale bardziej martwi mnie już ten uciekający czas...czas, który przelatuje mi między palcami. co ja gadam? jakie przelatuje? (użycie słowa "przelatywać" jest sporym nadużyciem z mojej strony, zbyt duży eufemizm)....ten czas zwyczajnie zapierdala...tylko obłok kurzu po sobie pozostawia. robi MIGMIG i już go nie ma...boję się, że szybkość upływającego czasu, jakkolwiek mocno subiektywna, ale jednak, jest wprostproporcjonalna do wieku. czyli im się jest starszym, tym ten czas szybciej biegnie. oczywiście biegnie tak samo, gupia nie jestem, ale to odczucie się diametralnie zmienia. także zapowiada się, że będzie tylko gorzej. już i tak z niczym nie zdążam. mam wrażenie, że moje życie upływa mi głównie na wykonywaniu i odhaczaniu z wyimaginowanego kalendarza zległych zadań- zalełych zadań. może czasem też i bieżących, ale jednak głównie zaległych. zaległe spotkanie ze znajomym, zaległy telefon, co to go miałam wykonać 2 miesiące wcześniej. odmrożone mięso w lodówce co to z niego dwa dni wcześniej miałam zrobić kotlety, a teraz wyrzucam bezwstydnie. nie wyciągnięte na czas gary ze zmywarki. niezaspokojona ochota na zupę pomidorową, której nie mam czasu zrobić...a to w końcu tylko zupa, w dodatku pomidorowa...
 
a już niestety młodsza nie jestem. tylko właśnie starsza. nawet tych zmarszczek to jeszcze nie mam. kosmetyczka kazała mi zaprzestać stosowania kremu przeciwzmarszczkowego, który równo z wybiciem zegara ukończywszy lat 30 zaczęłam regularnie używać. bo wyczytałam w bravo girl że tak trzeba. otóż nie trzeba. także zmarszczkom daję jeszcze rok. natomiast siwe włosy a jakże znajduję. systematycznie farbuję, także aż tak mnie nie drażnią. ale też nie potrafię określić skali ich zadomowienia się na mojej głowie. wiem, że są, może dwa, a może i dwadzieścia dwa, może więcej. who knows. zapewne suki się szybko rozprzestrzenią. także zaraz ich pewnie będzie tysiąc dwieście dwadzieścia dwa...
 
już nie rozróżniam miesięcy, zlały mi się w jedną całość. niedługo będę operować już tylko terminami kwartalnymi, zamiast miesięcznymi. - to co, widzimy się za dwa kwartały-będzie na moim porządku dziennym. i tak sobie myślę, że posiadanie dzieci musi tą szybkość upływającego czasu jeszcze bardziej przyspieczyć.
 
Czyli chyba jednak:
Szybkość upływającego czasu jest wprost proporcjonalna do wieku i ilości posiadania dzieci.
 
tak wiem, słyszałam, że im sie ma więcej spraw na głowie, tym człowiek jest bardziej zorganizowany. wierzę. ale na pewno tak różowo to nie wygląda. się nie nabiorę.
 
no właśnie dziecko. jego brak mnie z jednej strony cieczy, ale też i martwi zarazem.
cieszy, bo mam jeszcze czas dla siebie. mogę żyć jak mi się podoba. wstawać kiedy mi sie podoba (teraz to może akurat nie, bo Coco swój dzień zaczyna o 6 rano, również w weekendy). gotować obiad lub też nie gotować.
ale też i martwi. że jednak czas najwyższy. biologii się nie da oszukać. i że jeszcze to wszystko przede mną. a mi już sie nie chce. chcę wygody. spokoju. ja tu proszę państwa jestem po trzydziestce. mi w kościach już strzyka. ale jak widze takiego berbecia, to się rozpływam i chcę o jak chcę. potem dostaje maila od koleżanki z tekstem zapomnij o odpoczynku na wakacjach z dziećmi i już nie chcę. i tak w kółko.
nie to, że czuję sie jakoś staro. nadal chodzę w różowych okularach i mam różowy zegarek. także czuję klimat :) ale daty z dowodu sobie nie wymarzę, biologii nie oszukam, zegara biologicznego nie cofnę. i czuje, że mnie ten ciężar wieku ciut przygniutł. i w oddali widzę jak macha do mnie 40-stka. jeszcze mocno odległa, ale jednak dostrzegalna.
 
 
muszę być dobrej myśli....