sobota, 27 października 2012

Koko pozdrawia!






- Halo, gdzie jest moje świńskie ucho? najulubieńsze? daj daj daj! chcem świńskie ucho! kocham świńskie ucho!!!


 

- no dobra. uśmiechnę się fajnie do zdjęcia. ty mi pstrykniesz fotkę i będziesz miała co wrzucić na fejsbuka, a ja dostanę świńskie ucho. lub chociaż kosteczkę!



...


chciałabym uspokoić, bo pojawiły się zapytania od ciekawskich ;) nie kupuję świeżutkich świńskich uszek, a potem ich nie wygotowuję w domu. kupuję gotowe, elegancko uwędzone uszka w sklepie zoologicznym.

 

czwartek, 25 października 2012

gruszki na wierzbie czy śliwki na sośnie



nasz kochany premier w ramach akcji ratunkowej swojego lecącego na łeb na szyję poparcia postanowił zrobić społeczeństwu dobrze i obiecał mu gruszki na wierzbie.

roczny płatny urlop macierzyński i refundacja in vitro jest doprawny wspaniałomyślnym pomysłem.
jako że jestem potencjalnie przyszłym odbiorcą jednej z tych usług, powinnam skakać z radości.  a jednak...

rozumiem, że to alternatywny plan w ramach zmniejszania i tak ciągle rosnącej dziury budżetowej? ciekawe czy tą kasę premier wyciągnie just like that z rękawa? czy może zamknie jakiś szpital? a może tnąc koszty zwiększy czas oczekiwana na wizytę do lekarza specjalisty z 5 miesięcy na 10? no gdzieś będzie musiał znaleźć ten złoty środek...

może jeszcze wyciągnąć z naszych kieszeni. i tak to się  najpewniej odbędzie. jeżeli w ogóle do realizacji tych pomysłów dojdzie, w co szczerze wątpię.

tak, jak mówię, z założenia pomysł fajny, ale jednak mocno utopijny. mamy chyba większe problemy.  mimo wszystko jestem zwolennikiem w pierwszej kolejności pomocy tym już żyjącym.

tak tak wiem, nie będzie miał kto zarabiać na moją emeryturę. ale szczerze mówiąc na emeryturę przestałam liczyć już jakieś kilka lat temu. przywykłam, że państwo zabiera mi te wszystkie składki emerytalno-rentowe i choć wolałabym żeby mi nie zabierało i żebym sobie sama mogła te pieniądze odłożyć (i z tego odkładania może by wyszło coś więcej niż wychodzi Zusowi), to jednak, po pewnym okresie buntu i niesmaku, pogodziłam się z koniecznością płacenia tego haraczu.



zmieniając temat, to dziś światowy dzień kundla. muszę Kokusiowi kupić jakąś kosteczkę, piłecznę, czy inne wędzone świńskie ucho (jej najulubieńszy przysmak :). wiedzieliście, że nazwa "kudel" jest obraźliwa? coś jak użycie słowa "pedał" zamiast "gej".  wywiedziałam się tego, gdyż w książeczce zdrowia Koko w rubryce rasa napisałam po prostu "kundel" i dostałam burę od kokusiowego lekarza rodzinnego, który prywatnie jest moją dobra kumpelą. Mówi się "mix" albo "wielorasowy". człowiek codziennie się uczy czegoś nowego. wybacz Kokusiu, że nazwałam cię kundlem :)






wtorek, 23 października 2012

Masło znów w maselniczce


"...nadjeżdża wagon metra. Po brzegi pełen buzującej, tętniąco-pulsującej, skłębionej, namolnej, bezładnej, fizycznej do szaleństwa masy ludzkiej!

Drzwi zamykają się, zasklepia się wokół mnie niekontrolowana fizjologiczna bryła. W biały dzień, w kraju wysoko rozwiniętym, przylegam całą powierzchnią ciała do ciał innych ludzi. Słyszę bicie ich serc, szum mózgów, szmer krwiobiegów, czuję wilgoć oczu i turgor jam brzusznych ogarnietcyh procesami digestywnymi; monotonny ambient życia, którego jestem częścią. Wszędzie uszy, zanieczyszczone pory, plamy wątrobowe, turbany, perfumy, zęby, oddechy, flory bakteryjne, otwarte rany, włosy dzieci, plastry na odciskach, wąsy, z którymi jednam się, zespalam, skłębiam, zlepiam. Wysycenie wagonu ciałami zdaje się tak wysokie, jakby błony dzielące poszczególne jednostki mogły zwyczajnie peknąć i pozwolić zbić sie nam w jedną wielką bezgraniczną masę...

...Nagle orientuję się, że w głowie zaczynają mnożyć mi się dziwne myśli, których nigdy nie miałam, czuję nagle, jak swędzi mnie (choć "mnie" to już za dużo powiedziane) nos małej Koreanki po lewej, a w moim, a raczej: naszym żołądku przewala się wielka porcja kimchi, które zjadła przed chwilą. Tymczasem jakiś staruszek wbija w moje udo strzykawkę z insuliną ręką młodej dziewczyny z matą do jogi; ktoś z odrazą łapie się na wspominaniu jej pierwszego razu, a jeszcze inny drapie się pod naszą wspólną pachą. Moja tożsamość, moja ukochana kolekcja bzdur, tak skwapliwie poskładana ze wspomnień, myśli, śmierci, gustów, obsesji, przykrości zostaje wchłonieta, zassana, rozproszona. Rozpierzcha się, rozpełza, rozpływa w oceanie innych..."



i tak właśnie mam w warszawskim metrze. rano, wieczór i w południe...dziś też.

Masłowska po raz kolejny nie zawiodła. Przynajmniej mnie. Posługuje się słowem tak zgrabnie jak ja zgrabnie posługuję się nożem i widelcem, a z widelcem i nożem mam kontakt nie od dziś. Jej dar władania polszczyzną jest godny pozazdroszczenia. 


Dorocie daję lajka!


 

niedziela, 21 października 2012

co w trawie piszczy...


moi Drodzy, Kochani, Najmilejsi

witam Was w nowej odsłonie serii programów CO W TRAWIE PISZCZY, a właściwie lepiej byłoby powiedzieć, co tak daje po bębenkach, że aż uszy puchną i mózg się lasuje...czyli przegląd największych żenad tygodnia.



nas jakże zacny ranking rozpoczyna... no nie inaczej, jak tylko dach naszej dumy narodowej, czyli Stadionu Narodowego. dach, który już wszem i wobec został ochrzczony dachem przeciwsłonecznym, gdyż otwiera się tylko w dobrą pogodę, natomiast w deszcz pozostaje niewzruszony jak skała. za nic się nie zamknie, chociażby prosiło go tysiące kibiców.

no nic. mamy stadion i to jest najważniejsze. stoi sobie przez większość czasu, a jak już nadarza się okazja żeby na siebie zarobił, to się buntuje i otwiera dach w ulewę. niecny.

kto jest winny? Narodowe Centrum Sportu twierdzi, że oni nie, bo organizatorem było PZPN. PZPN czuje się smutny, że wszyscy na nim psy wieszają, a on przecież niczemu winny nie jest, winna jest FIFA, bo to FIFA podjęła decyzja, że gramy przy dachu otwartym. no ale co się dziwić, zadzwonili do nich miesiąc temu z pytaniem, jak gramy? przy otwartym czy zamkniętym? FIFA sobie myśli, że fajnie grać przy otwartym, no to bach, gramy przy otwartym. a tu spadł deszcz. niespodziewany. gwałtowny. nieprzewidywalny jak śnieg w grudniu ten deszcz w październiku. no i nie nadążyliśmy. padało w końcu tylko od 5 godzin, a to zdecydowanie za mało czasu żeby ten nieszczęsny dach zamknąć. od decyzji zamykać/nie zamykać jest pewnie cały sztab ludzi. i tak, pan michał sobie myśli nie zamykam, to zadanie zdziśka. ale zdzisiek spożywa właśnie drugie śniadanie na obiad więc zrzuca odpowiedzialność na edka. edek natomiast nie ma stosownego podania z setką podpisów i pieczątek. pan waldek natomiast, ponieważ jest kierownikiem tego szacownego wydziału konstatuje, że on jest przecież od wyższych celów niż zamykanie jakiegoś tam dachu. niech się nad sprawą pochylą poddani. do waldka dzwoni staszek, a staszek to szycha jakich mało, ale zanim o dach zdążył spytać już go waldek na wódkę wyciąga, także temat się zdążył zrobić nieaktualny. jak pech to pech.


biednemu zawsze wiatr w oczy kole, a trawa nasiąka wodą jak gąbka.


także dach, to bezkonkurencyjnie miejsce pierwsze.




 


miejsce drugie to tadadadammmmm.........matka Madzi z Sosnowca, Katarzyna W i jej żenująca sesja i wywiad rzeka w super ekspresie. dowiadujemy się z niego, że wreszcie katarzyna ma czas na swoje pasje, co w jej ustach brzmi jak hasło przeciw promowanej wszem i wobec przez naszego love very much premiera, polityki prorodzinnej. wywiad okraszony gorącymi fociami robionymi chyba komórką i to jeszcze autowyzwalaczem przez samą zainteresowaną. jakby ktoś nie wiedział katarzyna W lubi jeżdzić na koniu w kostiumie kąpielowym. i teraz wreszcie ma na to czas.


o trzecie miejsce bije się kilku kandydatów. od kilku tygodniu na tapecie pozostaje Monia Richarson ze swoim "lubię uprawiać seks rano ze zbyniem i mam gdzieś, że moich wywodów słucha właśnie jego eks żona z czwórką eks dzieci" i jej wpisy na blogu i fejsbuniu, że wszyscy są przeciwko, a nikt za.

ania matka mucha, która "zrobiła to na stole...na samym środku stacji" też mogłaby znaleźć miejsce w tym zacnym gronie. i rozumiem jej heroiczną walkę o "miejsce do przewijania zawsze i wszędzie". naprawdę, wyobrażam sobie, że niefajnie jak się nie ma gdzie przewinąć dziecka. ale przewijanie go na stole, na którym, wierząc słowom ani, jemy parówki, pijemy kawę, pałaszujemy kawę, jest już jednak pewnym nietaktem. przestałam jadać hot-dogi na stacjach, bo boję się, że tam gdzieś leżało być może "obsrane po pachy" dziecko ani muchy (bo o tym też nas rzetelnie poinformowała). no sorry, znam kilka kobiet z dziećmi, które też im się kiedyś "obsrały po pachy", ale żadna jakoś ich nigdy w restauracji na stole nie przewijała.

wyobrażacie sobie, że tam wtedy ktoś spożywał sobie właśnie ze smakiem hot doga z sosem musztardowo- czosnkowym, popijał kawę latte, a tam obok TAKIE RZECZY...???



piątek, 12 października 2012

pozostawię to bez komentarza




zastanawialiście się kiedyś jak to jest wracać z pracy do domu 2,5 godziny? otóż już spieszę zaspokoić Waszą ciekawość, bo dziś dzień miałam tę właśnie przyjemność.

także zaczynamy historyję mojego dzisiejszego dwuipółgodzinnego powrotu do domu.


dzień zaczął się zwyczajnie i niczym specjalnie się nie wyróżniał. poza tym, że to był piątek, a piątek to taka swoista endorfina. wywołuje samoistny uśmiech na mojej twarzy. od razu lepiej się żyje. i tak właśnie zaczynał się MÓJ piątek, czyli ta część gdy pracodawca zamyka bramy piekieł i wypuszcza wszystkie nieszczęsne duszyczki na wolność.


i tak udałam się na przystanek autobusowy celem skorzystania z usług miejskich zakładów autobusowych. 
i tu mała dygresja. pierwszy autobus, z którego uroków korzystam, wiezie mnie zaledwie kilka przystanków. zwany jest staruszkobusem, ponieważ liczba staruszków na metr kwadratowy przekracza przyjęte granice ilości staruszków w autobusie w godzinach szczytu.
generalnie autobus jest mały i zawsze pełen ludzi, którzy właśnie wyszli z pracy. pełen jest też staruszków, którzy to, nie wiem, wracają z zakupów, od innych kumpli-staruszków, czy zwyczajnie sobie lubią poprzebywać w towarzystwie innych w zatłoczonym autobusie. i wiadomo, mają prawo. czemu tylko nie mogą pominąć godzin szczytu, kiedy to naprawdę w warszawie dzieją się rzeczy straszne i przerażające.
druga charakterystyczna cecha tegoż autobusu to regularna nieregularność. autobus jeździ według sobie tylko znanego rozkładu. raz jest wcześniej, raz później, raz na czas. lubi nas zaskakiwać. prawie zawsze mu się to udaje.


no. i idąc sobie na przystanek postanowiłam przechytrzyć system, nie czekać na owy autobus, bo dziś piątek, a wiadomo piątek w warszawie wyrywa się wszelkim standardom. no i postanowiłam zażyć ruchu i powietrza i się przejść. jak pomyślałam, tak też uczyniłam i już po 15 minutach byłam na przystanku docelowym w oczekiwaniu na autobus właściwy, który dowozi mnie już prawie pod dom. także wszystko fajnie, szykowało się jedynie 10 minut opóźnienia.

no. no i w tym momencie dobre wieści na ten dzień się skończyły. dalsza droga do domu zajęła mi ponad 2 godziny. półtorej godziny jazdy jednym autobusem. i co gorsza bez książki (bo zapomniałam zabrać), bez muzyki (bo zgubiłam słuchawki). nawet spać mi się, jak zawsze, specjalnie nie chciało. pospałam z pół godziny i dalej to już tylko rozmyślałam i oglądałam widoki. dokładnie te widoki oglądałam, bo raczej staliśmy. mogłam wysiąść i iść piechotą, ale musiałabym pokonać 30 kilosów, a nie jestem teraz w najlepszej kondycji fizycznej ;)


co się stało, nie wiem. ani deszczu nie było, ani zima nie zaskoczyła drogowców. w piątek korki są zawsze, ale nie takie. gdyby nie to, że widziałam zdjęcia z łodzi, pomyślałabym, że wszyscy spieszą tłumnie na otwarcie dwutysięcznej biedry, aby dać się zaskoczyć jej jakością i codziennie niskimi cenami. może ta jesienna temperatura tak wszystkich oczarowała swoimi dziewięcioma stopniami, że wszyscy postanowili zrobić sobie mały weekendowy wypad za miasto? nie wiem nie wiem.
po powrocie do domu włączyłam tv żeby sprawdzić, czy już ogłosili stan wyjątkowy. może koniec świata z 22 grudnia przenieśli na dzisiaj? widok na ulicach był jak scenka z amerykańskich filmów katastroficznych, gdzie wszyscy uciekają przed ufo, huraganem, czy innym wulkanem. i wszyscy stoją w jednym wielkim gigantycznym korku.

korki były wszędzie. na szczęście. przynajmniej nie musiałam zazdrościć innym i rozmyślać, że gdzieś mają lepiej ode mnie. wolałam żebyśmy wszyscy współodczuwali i dzielili razem tą niedolę.



no ale co. dotrzeć dotarłam. cała i zdrowa. mogę jedynie zakończyć ten wpis podsumowaniem, że w dniu dzisiejszym dojazdy zajęły mi całe 5 godzin. i już wiem, gdzie mi ten czas ucieka. idę zapłakać nad mą niedolą.



aha. pewnie wszystkim kołacze się jedno podstawowe pytanie. czy miałam miejsce siedzące?
miałam. inaczej już by mnie z Wami nie było. się wysiedziałam za wszeczasy. aż mi się stać zapragnęło.



Hołk




poniedziałek, 8 października 2012

jak to było z wałszawskim metłem...



- O kułwa, znowu się coś spiełdoliło- rzekła Hanka Gronkiewicz & Waltz Company gdy ją rano obudzono z informacją, że ziemia pod budynkami mieszkalnymi, na linii budowy warszawskiego metra, się osunęła.
- Się kułwa nie miała co łobić, tylko się osuwać!



Ja nie wiem kto jest temu winny. Pozostawiam temat otwarty. Jestem ostatnia co by kamieniem rzucać chciała. No może przedprzedprzedprzedostatnia. ALE. Ale cieszę się niezmiernie, że metro za mojego życia w okoliczne mi okolice, gdzie mój adres zamieszkania, nie dotrze. Nie żebym była przeciwnikiem budowy metra, wręcz przeciwnie, doceniam bardzo ten środek transportu. Jednakowoż przynajmniej wiem, mam spokój ducha, że nikt mnie o 6 rano z łóżka nie zerwie i nie karze w trybie superpilnymdwuminutowym z mojego gniazdka w piżamie tylko się ewakuować. A rybki to kto by zabrał? Nie mam rybek, ale gdybym miała to co? A kto by nakarmił kanarki...gdybym miała kanarki. No i tak ci nieszczęśnicy, co to im metro pod nosem budują, od kilku dni mieszkają w hotelach i czekają aż tą osuniętą ziemię jakoś wsuną na swoje miejsce, a oni będą mogli szczęśliwie wrócić do swych domostw. Oczywiście wrócić w trwodze czy te kanarki te rybki przeżyły. W stresie, że mało brakowało, a dobytek ich życia by w chwilę jedną zmiotło z powierzchni ziemi.



Także nie wiem kogo obwiniać. Ale ktoś obwiniony zostać powinien. Bo jeżeli dalej tak pójdzie, to Warszawa może nie dotrwać do zakończenia prac nad budową drugiej linii metra.
Może winny jest ten wredny skurwiel PECH. No jak się zawali taki dajmy na to most, toż to przecież wielki pech. Nikt przecież specjalnie by nie budował mostu tak żeby się zawalił. Także i tu kopali kopali i pech chciał, a tam żyła wodna i wylało, podlało i zalało. I jedna z głównych tras warszawskich Wisłostrada zamknięta na kilka miesięcy, może lat. Kopali kopali i pech chciał, a tam się ziemia osuneła pod okolicznymi budynkami i ich mieszkańcy na ponad tydzień w trybie pilnym musieli te swoje mieszkania opuścić. Któż to przecież mógł przewidzieć? Może nikt nie mógł, nie wiem na pewno. Ale mam podejrzenia. Powiem tylko tyle, JA WIEM. Ale nic więcej nie powiem. Niech Hanka się kłopota.