poniedziałek, 27 sierpnia 2012
i znowu poniedziałek
że też ten poniedziałek tak często się zdarza....
choć z drugiej strony....
jeszcze 13 godzin....i pozostaną tylko 4 dni do weekendu
:)
wtorek, 21 sierpnia 2012
bo to życie to bal jest nad bale...
muszę Wam powiedzieć, że ogarnęła mnie jakaś taka błogość. dojazdy do pracy mnie nie wnerwiają. trzymam nerwy na wodzy. a nawet lepiej. jestem na psychicznej równoważni. no może Mąż miałby inne zdanie na ten temat i jak nic ma rację, ale ja tu tylko o komunikacji miejskiej teraz piszę. w tym przypadku- żeby była ścisłość :)
także jakoś tak bezboleśnie znoszę te dojazdy, nie wiadomo w sumie czemu. nic się specjalnie nie zmieniło w tym temacie. nadal jeżdżę. nadal mam daleko. nadal wcześnie. nadal dużo ludzi, zwłaszcza teraz, kiedy wakacje zmierzają ku rychłemu końcowi. nadal niedostatek miejsc siedzących. nie ćwiczę również jogi. nie medytuję. albo się przyzwyczaiłam albo nie mam siły na stres albo mam dobry humor. podejrzewam, że to chwilowe i lada dzień znów moja fala wkurwu zaleje wszystko w okolicy. także sory, nie będzie autobusowych wkurw-opowiastek. na razie. ale wyczekujcie.
a co poza tym. poza tym miałam urodziny. już niestety jestem w tym wieku, że urodziny nie cieszą. owszem nadal odczuwam to ekscytujące podniecenie w oczekiwaniu na prezenty. ale bardziej martwi mnie już ten uciekający czas...czas, który przelatuje mi między palcami. co ja gadam? jakie przelatuje? (użycie słowa "przelatywać" jest sporym nadużyciem z mojej strony, zbyt duży eufemizm)....ten czas zwyczajnie zapierdala...tylko obłok kurzu po sobie pozostawia. robi MIGMIG i już go nie ma...boję się, że szybkość upływającego czasu, jakkolwiek mocno subiektywna, ale jednak, jest wprostproporcjonalna do wieku. czyli im się jest starszym, tym ten czas szybciej biegnie. oczywiście biegnie tak samo, gupia nie jestem, ale to odczucie się diametralnie zmienia. także zapowiada się, że będzie tylko gorzej. już i tak z niczym nie zdążam. mam wrażenie, że moje życie upływa mi głównie na wykonywaniu i odhaczaniu z wyimaginowanego kalendarza zległych zadań- zalełych zadań. może czasem też i bieżących, ale jednak głównie zaległych. zaległe spotkanie ze znajomym, zaległy telefon, co to go miałam wykonać 2 miesiące wcześniej. odmrożone mięso w lodówce co to z niego dwa dni wcześniej miałam zrobić kotlety, a teraz wyrzucam bezwstydnie. nie wyciągnięte na czas gary ze zmywarki. niezaspokojona ochota na zupę pomidorową, której nie mam czasu zrobić...a to w końcu tylko zupa, w dodatku pomidorowa...
a już niestety młodsza nie jestem. tylko właśnie starsza. nawet tych zmarszczek to jeszcze nie mam. kosmetyczka kazała mi zaprzestać stosowania kremu przeciwzmarszczkowego, który równo z wybiciem zegara ukończywszy lat 30 zaczęłam regularnie używać. bo wyczytałam w bravo girl że tak trzeba. otóż nie trzeba. także zmarszczkom daję jeszcze rok. natomiast siwe włosy a jakże znajduję. systematycznie farbuję, także aż tak mnie nie drażnią. ale też nie potrafię określić skali ich zadomowienia się na mojej głowie. wiem, że są, może dwa, a może i dwadzieścia dwa, może więcej. who knows. zapewne suki się szybko rozprzestrzenią. także zaraz ich pewnie będzie tysiąc dwieście dwadzieścia dwa...
już nie rozróżniam miesięcy, zlały mi się w jedną całość. niedługo będę operować już tylko terminami kwartalnymi, zamiast miesięcznymi. - to co, widzimy się za dwa kwartały-będzie na moim porządku dziennym. i tak sobie myślę, że posiadanie dzieci musi tą szybkość upływającego czasu jeszcze bardziej przyspieczyć.
Czyli chyba jednak:
Szybkość upływającego czasu jest wprost proporcjonalna do wieku i ilości posiadania dzieci.
tak wiem, słyszałam, że im sie ma więcej spraw na głowie, tym człowiek jest bardziej zorganizowany. wierzę. ale na pewno tak różowo to nie wygląda. się nie nabiorę.
no właśnie dziecko. jego brak mnie z jednej strony cieczy, ale też i martwi zarazem.
cieszy, bo mam jeszcze czas dla siebie. mogę żyć jak mi się podoba. wstawać kiedy mi sie podoba (teraz to może akurat nie, bo Coco swój dzień zaczyna o 6 rano, również w weekendy). gotować obiad lub też nie gotować.
ale też i martwi. że jednak czas najwyższy. biologii się nie da oszukać. i że jeszcze to wszystko przede mną. a mi już sie nie chce. chcę wygody. spokoju. ja tu proszę państwa jestem po trzydziestce. mi w kościach już strzyka. ale jak widze takiego berbecia, to się rozpływam i chcę o jak chcę. potem dostaje maila od koleżanki z tekstem zapomnij o odpoczynku na wakacjach z dziećmi i już nie chcę. i tak w kółko.
nie to, że czuję sie jakoś staro. nadal chodzę w różowych okularach i mam różowy zegarek. także czuję klimat :) ale daty z dowodu sobie nie wymarzę, biologii nie oszukam, zegara biologicznego nie cofnę. i czuje, że mnie ten ciężar wieku ciut przygniutł. i w oddali widzę jak macha do mnie 40-stka. jeszcze mocno odległa, ale jednak dostrzegalna.
muszę być dobrej myśli....
piątek, 10 sierpnia 2012
Halo to ja...biegnę do ciebie...światłowodem
Pozdrowienia z pierwszego spaceru
Coco, zwana Koko żwawym krokiem rusza w miasto i tak oto rozpoczyna swą lanserkę na dzielni. ku ścisłości, póki co może bardziej na osiedlu, ale to tylko kwestia czasu niż wyruszy na dalsze podboje.
odkąd zamieszkała w warszawce coco stała się psem salonowym. w przenośni i dosłownie. głównie biesiaduje w salonie, tam zorganizowała sobie swój habitat, łącznie w wychodkiem. ale spokojnie, nie sra gdzie popadnie. tylko elegancko, na płachty higienicznych podkładów. póki co siedziała sobie spokojnie w salonie, w czasem penetrując coraz to nowsze pomieszczenia naszego M.
próbowaliśmy ją jak najdłużej izolować od wszelkich niebezpieczeństw związanych z Wielkim Miastem. tłumaczyliśmy, że jest jeszcze za mała żeby wychodzić. że tam, na zewnątrz jest niebezpiecznie. że drobnoustroje. że pasożyty. inne psy. otoczyliśmy ja ochronnym pancerzem. próbowaliśmy chronić tak długo jak się dało. ale coco dorastała, widać było, że ciągnie ją do wielkiego świata. więc ulegliśmy. tak oto po szczepieniach sunia może już hasać na powietrzu. i jakże jej sie to podoba!!!!
jak przystało na prawdziwego warszawsko-salonowego psa, Coco może pochwalić się też nietuzinkowymi ozdobami.
Kwestią czasu pozostaje tylko kiedy Coco wdzieje na siebie coś różowego i błyszczącego :)
środa, 1 sierpnia 2012
poniedziałek, 30 lipca 2012
hej ho hej ho do pracy by się nie szło
dziś poniedziałek. masakra początku tygodnia. najbardziej znienawidzony przez większość śmiertelników, głównie pracujących, dzień. postrach wszystkich weekendowiczów. bezlitosny niszczyciel niedzielnej sielanki. tak się naprzykrza swoim nieuchronnym nadejściem, coraz bardziej zbliżając się swoimi wielkimi krokami, że nawet tym bawiącym się najprzedniej potrafi całą niedziele zjebać na wskroś. będzie się tak nad człowiekiem znęcał, nie dając o sobie zapomnieć.
i tak nadszedł poniedziałek. czemu zdarza mu się to tak często?
wydawać by się mogło, że po całym weekendzie jestem wypoczęta, pełna energii, że wchodzę w nowy tydzień z zapałem i radością. ni chuja. niestety nie. niestety tak to nie działa. założenie jest dobre, gorzej z wykonaniem. może gdybym nie musiała w weekend nadrabiać wszelkich zaległości z tygodnia. może gdybym odpuściła gotowanie, sprzatanie, usuwanie szczenięcych odchodów, zakupowanie, pranie, wizyty, rewizyty, itepe itede...? no mogłabym, świat by się nie zawalił. za to ja bym mogła tego nie przetrwać. a przynajmniej nie w pełni władz umysłowych. istnieje prawdopodobieństwo mocno nawet prawdopodobne, że skończyłabym jeszcze bardziej znerwicowana. gdyż albowiem mój gen uporządkowania góruje nad innymi w genotypie. nie mogę spać spokojnie, gdy wszystko nie jest na swoim miejscu. w przenośni i dosłownie. czyli zaharuję się do nieprzytopności żeby z podłogi jeść było można, bo wiadomo wszem i wobec, że spożywa to się zazwyczaj akurat własnie z podłogi. no nie oleję pewnym spraw. odpoczywam, gdy pot spływa mi z czoła, bo wszystkie obowiązki już dzielnie wypełniłam. najpierw obowiązki, potem przyjemności. nauczyli mnie we wczesnych latach dziecięctwa tej maksymy i tego się trzymam. kurczowo dosyć. niestety.
żeby nie było, to w weekendy też jest fajnie. bo wyszło, że tylko niefajnie. niefajnie się zdarza, ale nie jest regułą :)
czwartek, 26 lipca 2012
POSZUKIWANY SPRAWCA ZNISZCZENIA!
POSZUKIWANY SPRAWCA ZNISZCZENIA ZASILACZA DO KOMPUTERA!!!
PRZEDMIOT POSTĘPOWANIA: zasilacz do laptopa koloru czarnego
MIEJSCE ZDARZENIA: łóżko w sypialni na piętrze, gdzie ów zasilacz został wcześniej pozostawiony przez Męża
ZDARZENIE: przegryzienie kabla od zasilacza
CZAS ZDARZENIA: wczoraj, jak byliśmy w pracy
ŚWIADKOWIE: brak; na miejscu zdarzenia obecna była tylko sunia, z którą generalnie trudno się porozumieć; musimy z tym poczekać do Wigilii
PODEJRZANA W SPRAWIE: suczka rasy kundel-nie wiadomo co z niej wyrośnie, zwana w wąskich kręgach Koko
DOWODY ŚWIADCZĄCE PRZECIWKO KOKO:
- kabel został przegryziony, widoczne ślady zębów na kablu
- Koko przedwczoraj nauczyła się wchodzić po schodach na górę, a wczoraj rano schodzić.
- Koko była jedyną obecną w mieszkaniu w czasie zdarzenia.
Ktokolwiek wie coś na temat powyższego zdarzenia pilnie proszony jest o kontakt!
Ale póki co
jak mawia Mąż
Koko jesteś na wylocie :)
Wspomnienia z wakacji część 3 OSTATNIA
Słów kilka lub kiladziesiąt na temat wakacji i nie tylko, bo dość enigmatycznie ostatnio ujęłam ten temat :)
Wywczasy były super fajne. Strasznie już za nimi tęsknię. Uronię nawet czasem łzę jedną czy dwie na ich wspomnienie. Dobija mnie myśl, że następne takie dopiero za rok. Jak się uda, bo wiadomo, że nigdy nic nie wiadomo. Wyjechaliśmy z Polski, tak tak wiem, bogacze z nas ;) Byliśmy na Djerbie (czytaj Dżerbie). Spoko, ja wcześniej też nie wiedziałam gdzie to jest. Już spieszę wytłumaczyć, że to tunezyjska wyspa. Czy fajna? Fajna, jest ciepło, jest ciepłe morze, ładna plaża, za to niewiele tam do oglądania. W związku z tym wybyliśmy na 2 dni na ląd stały, na Saharę. Tam było co oglądać, np. Saharę. Tak na serio, to chyba dla tej wycieczki warto jechać do Tunezji, gdy ktoś jednak oprócz leżenia plackiem na plaży chciałby coś jeszcze zwiedzić. W pozostałe dni leżeliśmy plackiem na plaży. Chociaż bardziej może leżeliśmy plackiem w przerwach pomiędzy kąpielami w morzu/basenie/morzu/basenie żeby jakoś zniwelować lub choć lekko ograniczyć działanie słońca i 45 stopni na nasze białe, środkowoeuropejskie, niezwyczajne do takich temperatur ciała. Mąż relaksował się aż nazbyt, przez pierwsze 2 dni nawet słowem się nie odezwał, leżał, słuchał audiobooka i spał. Dopiero później zaczął sie ze mną bardziej integrować :)
Co tam jeszcze na Dżerbie było słychać? Planując wczasy postanowiliśmy nie angażować się w zbyt wiele codzinnych obowiązków i ograniczyć do minimum naszą aktywność w tej materii. Z pomocą przyszła nam oferta all inclusive. Także żyliśmy sobie od śniadania do obiadu, od obiadu do kolacji, pamietając tylko o tym, aby nie przeoczyć godziny podawania posiłków. Bo jakbyśmy zapomnieli o takiej kolacji na przykład to jejku jejku i tragedia mogłaby być wielka. Bo jak to tak bez kolacji na wakacjach? W związku z tym chodziliśmy jak dwie pękate piłeczki, próbując w przerwach między posiłkami zrobić sobie trochę miejsca w brzusiach na kolejną porcję jadła. A jadła było że hej! Bo wiadomo, szwedzki stół. Także: a to tego mięska by się zjadło z kurczaczka, a to tego gulaszu, a to tych opiekanych warzywek, ale zaraz bo bym nie zobaczyła, że spagetti jeszcze podają i pizzunię. No bez frytek to tak jakoś głupio, a może jednak pieczone ziemniaczki? No i deser. Jak wybrać jedno ciasteczko spośród kilkunastu wyglądających równie pyszniasto? Także biorę sztuk 4. Do tego arbuz, bo, no wiecie, witaminy te sprawy. A tu nagle z lodami wjeżdżają. No lody bym miała odpuścić? Już nie chcę ciasteczek, chcem lody. Ale jaki smak? Pistacja czy mango? No nie mogę się zdecydować. Jedne i drugie, a jak! A lody były najpyszniaste! Podsumowując "I come from Poland" zdawały się mówić nasze talerze :) No ale co, ja płacę, ja wymagam! :P
Żyliśmy sobie tak jak pączki w maśle, ale żeby nie było tak różowo, to ta sielanka długo nie trwała. I niestety teraz już sama sobie muszę przygotować śniadanie, ugotować obiad, zebrać naczynia ze stołu, posprzątać itd. No i tęsknię...
Tunezjo, ojczyzno wakacji moich, Ty jesteś jak zdrowie. Ile cię trzeba cenić ten tylko się dowie, kto cię stracił.
Że też człowiek musi cały rok zapierniczać codziennie rano do pracy, tracić co najmniej te 8 godzin na różne mniej lub bardziej głupie prace (bo omówmy się, sama bym sobie ciekawsze zajęcie w tym czasie zorganizowała) i potem odpoczywać od tego wszystkiego tylko przez dwa tygodnie, z czego tylko jeden w Tunezji (bo drugi tydzień pochłonął kredyt)?! Boże, źle to zorganizowałeś!
Subskrybuj:
Posty (Atom)








